Geoblog.pl    laverne    Podróże    Peru i Boliwia    Ollantaytambo i Andy
Zwiń mapę
2008
04
wrz

Ollantaytambo i Andy

 
Peru
Peru, Ollantaytambo
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 39 km
 
Po dwóch dniach w Cusco zaplanowany był trekking po Andach. Tytułem wstępu, jeśli chodzi o góry, to w moim dwudziestokilkuletnim życiu odbyłam kilka lat temu spacer nad Morskie Oko, i też już jakiś czas temu „zaliczyłam” Giewont i Turbacz. Do tego poniższy opis wyszedł spod ręki osoby oderwanej wprost od biurka, która na co dzień nie bardzo ma czas i chęci na jakikolwiek wysiłek fizyczny oraz nie jest przyzwyczajona do niewygód… Przechodząc do trekkingu… Początek był całkiem przyjemny – Flora – nasza przewodniczka odebrała nas o świcie z hostelu. Zapakowałyśmy się do busa, który pognał na miejsce rozpoczęcia naszej wędrówki. Po ominięciu jednego lokalnego strajku dotarliśmy do małej miejscowości Ollantaytambo, gdzie dokonaliśmy ostatnich zakupów – głównie liści koki. Można było kupic też kije wędrowne, ale mnie zniechęciły (zresztą chyba niezby słusznie jak się później okazało) do tego zakupu moje wcześniejsze doświadczenia z kijkami trekkingowymi. Grzesiek kiedyś próbował mnie do tego zachęcić ale efekt był podobny jak na nartach – wiedziałam, że teoretycznie powinny mi pomagać, ale nie bardzo wiedziałam na czym ta pomoc ma polegać… Ollantaytambo jest malutką otoczoną górami mieścinką położoną w Świętej Dolinie. Miasteczko zostało założone jeszcze przez Inków i zachowało wiele z oryginalnego charakteru – zabudowania, system kanałów, ulice. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że jak wejdzie się w jedną z wąskich uliczek to na jej końcu mignie znikający za zakrętem Inka.

Sama wędrówka rozpoczęła się w miejscowości Camicancha na wysokości ok. 2900 m n.p.m. Tutaj pozostawiliśmy część bagażu naszej asyście prezentującej się naprawdę imponująco: kilka koni, para reprezentacyjnych, ale plujących znienacka lam, kucharz z asystentem, koniuszy z asystentami no i przewodniczka. Jako człowiek mało obyty z górami z wdzięcznością przyjęłam informację, że większość mojego bagażu będzie niósł koń, a nie ja, ale z min ludzi mających więcej doświadczenia w górskich klimatach wyglądało na to, że chyba powinno być inaczej :)

W pierwszym dniu, zgodnie z informacjami udzielonymi przez Florę, odcinek do przejścia wynosił „approximately” 13 kilometrów i miał wieść „gradually” do góry. Te dwa słowa przez kolejne trzy dni niejednokrotnie były powodem najpierw naszych nadziei i rozważań, potem, kiedy okazało się, że są one mocno nieprecyzyjne, śmiechu i żartów, ale również mniej lub bardziej zwerbalizowanych mamrotań i przekleństw. W pierwszym dniu nasz Llama Trek prowadził poprzez Silque Canyon wzdłuż strumienia, który stawał się coraz węższy i węższy. I pewnie sam trekking byłby zupełnie przyjemny (mimo, że prowadził głównie pod górę), gdyby nie to, że po chwili zaczęło delikatnie, a potem coraz mocniej kapać z nieba. No i kiedy słońce schowało się za chmurami, zrobiło się również zimniej. I tak po godzinie, kiedy okazało się, że moja nieprzemakalna kurtka wcale taka już nie jest (no cóż wyprałam ją przed wyprawą żeby była czysta…), przyjemność z wędrówki nieco opadła. W takich warunkach atmosferycznych otaczająca potęga gór bardziej przytłaczała, niż podnosiła na duchu, kolejne orchidee wskazywane przez Florę nie wywoływały dzikiego zachwytu tylko mamroczące „oooo”, ręka sięgała do kieszeni częściej po chusteczkę do nosa niż aparat. I tak idąc noga za nogą, dotrwaliśmy do pory posiłku. I tu można rzecz nastąpił przełom.

Obóz w wersji obiadowej składał się z dwóch namiotów dużych (kuchnia i jadalnia) i jednego malutkiego zawierającego WC (tzw. wieża). Taki rozmiar wygód zaskoczył nawet takiego laika górskiego jak ja. Ale cóż, bynajmniej nie narzekałam. Z przyjemnością zastąpiłam przemoczoną i zimną kurtkę cieplutkim i suchym polarem wyjętym z plecaka i zasiadłam do zupki. Zupka okazała się być nie dość, że gorąca, to jeszcze smaczna i sycąca (kolejna najlepsza zupa jaką jadłam). W trakcie obiadu deszcz przestał padać i zrobiło się jakby nieco cieplej, więc bez większego ociągania się ruszyliśmy dalej. Drugi popołudniowy odcinek był więc znacznie przyjemniejszy, łatwiej było doceniać otaczającą przyrodę – intensywność błękitu nieba, kolory górujących nad nami skał, różnorodność roślinności, potęgę ogromnych kaktusów znanych w wersji mini z rodzimych doniczek. Ani się obejrzeliśmy, kiedy dotarliśmy do obozu noclegowego, który zgodnie z informacjami uzyskanymi od Flory znajdował się w dolince Quesca na wysokości 3500 m. Po zachodzie słońca momentalnie zrobiło się zimno, więc ratowaliśmy się prowizoryczną imprezą przy herbatce z koki i herbatnikach zorganizowaną w jednym z namiotów. Tak dotrawaliśmy do kolacji, podczas której znowu zostaliśmy zaskoczeni… Bo kolacja zaczęła się od wejścia Chino (Peruwiańczyk zwany Chińczykiem pełniący chyba funkcję asystenta kucharza) z zakrytą michą. Kiedy micha została odkryta, naszym oczom ukazały się … podgrzewane ręczniki do umycia rąk… jak w najlepszych liniach lotniczych. Po kolacji każdy z nas dostał na dobranoc butelkę z gorącą wodą, co zdecydowanie ułatwiło zaśnięcie w raczej niskiej temperaturze.

Następnego dnia przed świtem obudził mnie głos Flory „pukającej” do namiotu i pytającej co bym chciała wypić kawę, herbatę czy mate de coca. Mając w pamięci, że dnia drugiego do pokonania przeznaczono nam „approximately” 28 km, najlepszym wyborem była mate de coca. Tego dnia głównym punktem programu było wdrapanie się na przełęcz Huallanay na wysokość ok. 4550 m – wysokość dla mnie niemalże niewyobrażalna. Mimo, że przynajmniej dla mnie był to bardzo trudny odcinek (zmęczenie i choroba wysokościowa dawały w kość), to pogoda była idealna – słoneczko, sucho, niezbyt gorąco. W takich warunkach w chwilach ciężkiego zmęczenia można było przystanąć, rozejrzeć się i spokojnie podziwiać potęgę otaczającego piękna. Mijaliśmy ruiny budowli wzniesionych jeszcze przez Inków, maleńkie wioski zamieszkałe przez Indian Quechua, kolejne odmiany orchidei, patrzyliśmy z góry na jeziorka położone na dnia doliny i na pasące się swobodnie konie, i do góry na wspaniale widoczną ośnieżoną górę Veronicę (ok. 5700 m). Wieczorem dotarliśmy do obozu, który dzięki nieco niższemu położeniu (3100) oraz chatom ze słomy stanowiącym coś w rodzaju pokrowców na namioty był znacznie cieplejszy od poprzedniego. W tym dniu również zobaczyłam na własne oczy, że krowa potrafi wdrapać się na dwumetrowy mur – i to całkiem sprawnie.

W ostatnim dniu mieliśmy próbkę prawdziwego Inca Trail, dzięki czemu doceniliśmy poprzednie dwa dni poza tą trasą. O ile przyroda oraz kolejne ruiny zrobiły na nas ogromne wrażenie, o tyle tłumy na szlaku, widok tragarzy obciążonych pakunkami ponad siły pędzących biegiem pod górę w panującym w upale po to, aby zdążyć przed turystami rozbić obóz, przygnębiał. Z wyjaśnień Flory wynikało, że trekking może mieć różną cenę, ale koszty ewentualnych rabatów udzielanych przez agencję turystom ponoszą zwykle tragarze – to oni muszą nieść więcej, żeby mogło być ich mniej. Turysta zawsze otrzyma taką samą usługę, taki sam komfort. Myślę, że przyjemność z trekkingu, kiedy ma się świadomość, że odbywa się on kosztem tak nieludzkiej pracy spada do zera.

Po drodze udało nam się porozmawiać z archeologiem pracującym przy ruinach Willkaracay, który opowiedział nam o swojej pracy oraz o roli budowli, przy których pracował. Był to punkt kontrolny przy Inca Trail. Przy okazji podziwiania ruin miasta Patallacta dowiedzieliśmy się, że społeczeństwo Inków funkcjonowało na całkiem ciekawych zasadach – praca wykonywana przez poszczególnych obywateli oraz ich pozycja w społeczeństwie była zgodna z ich predyspozycjami, co oznaczało, że syn rolnika mógł zostać astrologiem, zaś syn szlachcica mógł być rolnikiem, jeśli właśnie takie mieli predyspozycje.

Nasz trekking zakończył się w obozie na 82 kilometrze szlaku klasycznego Inca Trail, gdzie w całkiem przyjemnej temperaturze i po gorącym prysznicu zjedliśmy tradycyjną kolację Pachamanca, czyli między innymi pieczone na rozgrzanych kamieniach różne gatunki ziemniaków, mięso kurczaka, bób. Na koniec kolacji wznieśliśmy toast tradycyjnym peruwiańskim drinkiem pisco sour – smakowało niebiańsko.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedziła 10.5% świata (21 państw)
Zasoby: 44 wpisy44 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Moje podróżewięcej
13.08.2011 - 13.08.2011
 
 
22.06.2011 - 22.06.2011
 
 
05.05.2011 - 05.05.2011